img
img
img
img

Zadzwoń do nas
+48 / 500 815 470
Pon-Pt: 8:00 - 16:00



Najciekawszy blog o podróżach i nie tylko

BLOGOSFERA TRIPTELNIKÓW to blog skupiający najciekawsze teksty o podróżach, gdzie można publikować swoje przemyślenia, zdjęcia z wojaży, zadawać pytania, planować wycieczkę, a także recenzować książki podróżnicze czy przewodniki. Zamieszczane tu teksty o podróżach dotyczą nie tylko najciekawszych regionów i miast na świecie, ale również poruszają tematykę egzotycznych kultur oraz zaskakujących obyczajów. Zawierają opisy wypraw i wycieczek, interesujące fotografie, a także relacje z pobytów podróżniczych. Blog o podróżach w Blogosferze Triptelników to także mnóstwo porad, jak zorganizować udany wyjazd nawet w najbardziej odległy zakątek świata. Masz za sobą podróż do miejsca, które Cię zachwyciło lub wzbudziło dużo emocji, zauroczyło bogatą historią, zapierającym dech w piersiach krajobrazem, pozwoliło przeżyć coś niesamowitego, poznać inną kulturę, obyczaje, spróbować niecodziennych smaków i zapachów? Jaki przewodnik okazał się najlepszym kompanem w podróży, a jaki zupełnie się nie sprawdził? Posiadasz informacje, które mogą przydać się innym w podróży? To najlepszy moment, by się tym podzielić! Niezależnie od tego, czy odbywasz bliskie czy dalekie wyprawy, ta kategoria jest dla Ciebie! Skorzystaj z naszego bloga o podróżach i podziel się swoimi wrażeniami z innymi użytkownikami!

 

Dodaj swój wpis do Blogosfery Triptelników!

W krainie Trolli:) <Norwegia> 1

Verdens Ende, czyli koniec świata.. Tak nazywa się punkt widokowy z przepiękną, jak z obrazka latarnią morską. Pomimo lekkiego wiatru, dopisywała nam pogoda i morze mieniło się od słońca.Szczerze mówiąc mogłabym tu zostać:)Ale przecież Norwegia czekała!A raczej to ja czekałam na Norwegię i nie zawiodłam się.Dalej było tylko lepiej. Trafiliśmy na noc do klimatycznego ośrodka, nieopodal miejscowości Mandal, gdzie czekał na nas, fajnie wyposażony drewniany domek. Malutkim drewnianym mostkiem nad ulicą można było zejść na małą promenadę, porcik i jezioro czy basen.Czy wy wiecie jak cudownie pije się wino w takiej scenerii?:)Cała trójka obudziła się następnego ranka w szampańskich humorach i podążyła do kolejnego miejsca, jakim był najbardziej wysunięty na południe punkt w Norwegii, a wraz z nim latarnia morska Lindesnes Fyr.Tam z kolei wiało przeraźliwie, dlatego mimo słońca przywdzialiśmy kaptury i weszliśmy podziwiać latarnię i śliczną panoramę morską. W gratisie do biletu otrzymaliśmy darmową kawę w pobliskiej restauracyjce, a Pani która nas miała obsłużyć zawzięcie rysowała coś w swoim kajecie. Ruchy „pędzla” były zamaszyste i spodziewałam się ujrzeć dzieło sztuki na miarę Muncha, a tu kwadracik, w nim narysowany ludzik, kreski zamiast nóg i rąk, koślawe słoneczko namalowane jakby przez dwulatka, wszystko to czarnym długopisem, a nie akwarelą..W każdym razie z ciężkim sercem Pani przerwała czynności i podała nam kawę, to wszystko bardzo nas rozbawiło. Same widoki oczywiście rewelacyjne, zewsząd widać było nagie skały i wzburzone morze po horyzont. Co dalej? Miasteczko Flekkefjord, z białą drewnianą zabudową, gdzie zjedliśmy przepyszną carbonarę przywiezioną jeszcze z domu. Był to miły przystanek, by rozprostować kości i nabrać sił na dalszą drogę do Tau, gdzie mieliśmy kolejny nocleg. Jedynym plusem hotelu było stado dzwoniących owieczek nieopodal, chociaż niektórym pewnie też to mogło przeszkadzać w zasypianiu;) Nam nie. Położyliśmy się w miarę wcześniej spać, ponieważ następnego dnia czekał nas test, wyprawa, wspinaczka z naszą roczną córeczką na Preikestolen.Wiadome było, że to, czy zdecydujemy się wejść, zależy w dużej mierze od pogody. Gdyby padało-mieliśmy zmienić plany, ale gdy rano się obudziliśmy już można było dostrzec pierwsze oznaki pięknego słonecznego dnia. Porządne buty, dużo wody, kremy na słońce, jedzenie dla małej, kanapki dla nas, czekolada, nosidełko, pampersy, mokre chusteczki i jesteśmy gotowi.Ja osobiście wolę się wspinać aniżeli schodzić dlatego pierwsza część nie była aż tak straszna. Mała po chwili chrapała w nosidełku, a my swoim tempem pokonywaliśmy lżejsze i cięższe odcinki. Na szlaku sporo ludzi w różnym wieku. Zdarzyła się jedna para z dzieckiem mniejszym niż nasze, całkowicie przykrytym pieluchą. Szczerze mówiąc podziwiam, bo bym się z takim maleństwem nie odważyła wejść. Całkiem sporo osób starszych, to już w ogóle podziwiam, aczkolwiek nie wykluczone że były to osoby doświadczone:)Przynajmniej na takie wyglądały.Samo wejście nas mile zaskoczyło, bo wiedzieliśmy, że są dwa strome podejścia, ale spodziewaliśmy się stromych głazów rozrzuconych niedbale tak, jak widoczne to było na zdjęciach dostępnych w Internecie, a okazało się, że wiele kamieni tworzy schodki, co znacznie ułatwiło nam wchodzenie. Pierwszy dłuższy przystanek na zmianę pieluchy i obiadek odbyliśmy mniej więcej po ¾ drogi. A potem to już tylko coraz piękniej i piękniej:) W tej okolicy fiordów- Rogalandzie jest podobno ambitniejsze wejście na Mount Kierag, ze zjawiskowo umiejscowionym głazem pomiędzy dwoma skałami, ale uznaliśmy, że na pierwszy raz z małą Preikestolen w zupełności wystarczy. I faktycznie widok był nieziemski. Udało nam się zrobić zdjęcia prawie na czubku, choć nieliczne (bardzo nieliczne) grono odważyło się na więcej. Ala nieświadoma gdzie się znajduje odkryła fascynujące pokłady czarnej ziemi i próbowała włożyć ją sobie do ust, a my podziwialiśmy piękno natury. Spędziliśmy na górze niecałą godzinę po czym zaczęliśmy schodzić, bo słońce zaczynało doskwierać dosyć mocno:)Kto by pomyślał?:) Przy zejściu było już gorzej, mniej siły, szybciej traciło się energię, zmęczenie zaczęło dawać o sobie znać. Wielkie pokłony dla mojego męża, który niósł Alę całą drogę… Natomiast nasza córeczka to prawdziwy podróżnik, oglądała sobie widoki, mijających ludzi i praktycznie nie było jej słychać. Udało się zejść i każdy zasłużył na odpoczynek. Gorąco polecam taką wyprawę!Gdy już odzyskaliśmy siły czekał nas dalszy odcinek drogi. Szczerze mówiąc pod względem fizycznym i logistycznym ten dzień to było wąskie gardło całej wycieczki. Nie dość, że wspinaliśmy się na Preiekstolen to czekała nas wyprawa do Bergen czyli jakieś 300 km, co na tamtejszych drogach daje około 5-6 godzin jazdy.. Byłam tutaj przygotowana na cały wachlarz wygłupów z dzieckiem, w rękawie mieliśmy również niewykorzystaną drzemkę Ali oraz nadzieję, że wszystko przebiegnie sprawnie, nie będziemy długo czekać na promy itp. I udało się dotrzeć bezpiecznie do Bergen około 20stej wieczorem, ale przez to, że zabudowa Bergen nie pozwala na parkowanie w centrum (a nasz hotel leżał już w tej strefie) zaparkowaliśmy na awaryjnych naprzeciwko hotelu, a mąż wnosił nasz dobytek i tutaj podejrzewam przeciągnęliśmy strunę u naszej córeczki, która ze zmęczenia już zaczęła robić się niesforna. Ale udało się ją położyć, zaparkować auto (około 15 minut od hotelu), zaplanować dzień następny i położyć się spać. W hotelu tym mieliśmy spać dwa dni, bo było wszędzie blisko, a panowała w nim atmosfera typowo studencko- międzynarodowo- hostelowo- rodzinno- biznesowa, czyli prawdziwy przekrój.Plusy w podróżowaniu z małym dzieckiem są choćby takie, że dzień zaczyna się dosyć wcześnie i nie trzeba zastanawiać się czy trochę odespać dzień poprzedni czy zwiedzać, poznawać i nie tracić ani minuty na totalne lenistwo:)Ja w podróży wyznaję zasadę, że jak mam się ”leniwić” to w domu, a jeżeli już w obcym kraju to minimum jeden, dwa dni.. Umęczyłabym się w wakacje typu all inclusive JA+ BASEN+ MNÓSTWO JEDZENIA, ponieważ taka forma spędzania wolnego czasu męczy mnie bardziej niż aktywne zwiedzanie. Zatem w Bergen wstaliśmy dosyć wcześnie poszliśmy do miłej kawiarenki na śniadanko i kawę, a potem i ruszyliśmy na spacer po centrum, ulice były jeszcze wolne od turystów, na targu rybnym ustawione były już kramiki ze świeżymi rybami i owocami morza. Totalny odjazd. Piękne okazy homarów, krewetek, dorsza etc. Naszym celem w danym momencie nie było jednak jedzenie, ale zobaczenie słynnych budynków hanzeatyckich, które połyskiwały ślicznie w porannym słońcu. Drewniane, kolorowe kamienice i magazyny hanzy widnieją na liście dziedzictw UNESCO. Nieopodal znajdują się inne zabytki miasta jak: Hakonshallen i Rosenkrantzztarnet. Oba budynki oglądaliśmy od zewnątrz opalając się chwilę na polanie wśród ciekawie przyciętych drzew. Ten pierwszy budynek to najstarsza świecka budowla w Norwegii jaka przetrwała do teraz. Drugi obiekt to forteca, całkiem okazała, z punktów widokowych można było obejrzeć port miasta. Wracając w porze lunchowej wstąpiliśmy raz jeszcze na targ by skosztować specjałów Morza Północnego a potem podziwiając po drodze stary zabytkowy budynek restauracji McDonald kupiliśmy bilety na kolejkę Floibanen. Jakie mieliśmy niesamowite szczęście z pogodą! W Bergen, gdzie leje większość dni w roku? Panorama Bergen była zachwycająca, a same wzgórze idealne na drzemkę i spacerek wśród iglastych drzew. Wracając do hotelu staraliśmy się przejść bocznymi uliczkami wolnymi od turystów za to pełnymi tutejszej śmietanki rozrywkowej. Do skansenu Gamle Bergen trafiliśmy trochę za późno, ponieważ otwarty był bodajże do 16:00, a my byliśmy jakąś chwilę po. Nic się jednak nie stało ponieważ, obejrzeliśmy sobie wszystkie drewniane budynki z VIII i XIX wieku od zewnątrz, Ala nakarmiła gęsi i ruszyliśmy do parku z fontanną, gdzie Ala biegała po trawie z kamerą go-pro zaczepiając dosłownie wszystkich na kocach. Wieczór zakończyliśmy tuż przy hotelu pijąc piwko, jedząc bagietkę z krewetkami i osładzając się ciastem czekoladowym. Następny przystanek? Rejs po Sognefjorden..Świetna sprawa, ale również i wielka niewiadoma pod względem pogodowym. Stwierdziliśmy, że jeżeli z pogodą uda nam się dziś to resztę pobytu może lać ile wlezie:)Ruszyliśmy w stronę Gudvangen skąd miał wypływać prom. Zatrzymaliśmy się na punkcie widokowym nieopodal Stalheim, by podziwiać piękną dolinę Nærøydalen i wodospady- Stalheim i Sivle.Znowu pogratulowaliśmy sobie wyboru pory roku na zwiedzanie Norwegii, ponieważ w sierpniu nie byłoby już prawdopodobnie możliwe zobaczenie tylu pięknych wodospadów. Z punktu widokowego zjechaliśmy słynną drogą Stalheimskleiva, obejmującą 13 wąskich zakrętów, niecałe 1,5 km, o nachyleniu sięgającym powyżej 20%. Kiedy dojechaliśmy do wioski wikingów czyli Gudvangen mieliśmy jeszcze trochę czasu do odpłynięcia promu więc przeszliśmy się wzdłuż rzeczki, robiąc zdjęcia wodospadom i łodzi wikingów. Poznaliśmy przy tym bardzo sympatyczną rodzinkę Amerykanów z polskimi korzeniami, którą tworzyli: Shayne, Kimberley i ich przeurocza córeczka Evynn, w cudownej biało-granatowej sukience norweskiej.W tej scenerii wyglądała bajkowo.Jak się później okazało, Evynn nosi zawsze tylko sukienki.Na tej wycieczce obejmującej Norwegię, Polskę i Niemcy postanowiła nosić stroje ludowe danego kraju.Ala była zafascynowana starszą koleżanką, która pokazywała jej międzynarodową piosenkę: „kaczuszki”.Ja z kolei rozmawiałam z Shaynem o jego polskich korzeniach, o naszych doświadczeniach na zachodnim wybrzeżu Stanów, gdzie mieszkali oni i wszyscy razem komentowaliśmy piękne widoki dookoła. Rejs był naprawdę piękny.No a pogoda? Wymarzona.. Słoneczko odbijało się w tafli, w tle delikatny wiaterek..Wahaliśmy się początkowo czy wybrać rejs z Flam tylko do wąskiego Naeroyfjordu, ale zdecydowaliśmy się zacząć od Naeroyfjordu i przepłynąć również fragmentem Sognefjordu, który łącznie ma długość około 200 km, co daje mu pierwsze miejsce w tej kategorii w Europie i drugie na świecie. Warto było.Po rejsie trwającym około 3 godziny dotarliśmy do Kaupanger i przeprawiliśmy się kolejnym promem na południe. O jak tam było cudownie. Tak właśnie wygląda raj:)Chociaż nie mogłam się oprzeć myśli, że w zimie wcale nie jest tak bajkowo, zwłaszcza dla mieszkańców. Zboczyliśmy z głównej drogi w kierunku Borgund Stavkirke, czyli drewnianego kościoła, który należy do najbardziej charakterystycznych budowli tego typu i jest całkiem dobrze zachowany.Potem jechaliśmy już w kierunku Flam wybierając ok. 25 minutową drogę przez najdłuższy tunel drogowy świata- Laerdal.Musiałam wspiąć się tutaj na lekkie wyżyny swoich możliwości animacyjnych, bo choć Ala lubi tunele, to jazda w tak długim tunelu sprzykrzyła się nam wszystkim po jakiś 15 minutach.Dotarliśmy w końcu do Flam, gdzie zjedliśmy obiad, zwiedziliśmy Aegir Brewery& Pub, tutejszą browarnię, zakupiliśmy po 3 rodzaje tutejszego piwa i ruszyliśmy zameldować się w kolejnej noclegowni jaką był uroczy domek z apartamentami, z ogrodem i widokiem na dolinę we Flam, mały kościółek, Flamselvi- tutejszą rzekę, piękny wodospad oraz tory kolejowe Flamsbany, słynnej kolejki prowadzącej do Myrdal, górskiej osady. Z tą kolejką mieliśmy kłopot. Od początku twierdziliśmy, że musimy wybrać jedną z dwóch droższych atrakcji: rejs po fjordzie lub malowniczą drogę górska, słynącą z najbardziej stromej linii kolejowej na świecie. Wieczór we Flam spędziliśmy więc w uroczej scenerii zastanawiając się jak to rozwiązać i czy warto jest wydać niespełna 800 zł na przejazd kolejką podziwiając krajobrazy, które ktoś na jednym z forów określił jako „normalne dla podróży samochodem w Norwegii”. Za, przemawiała również opinia spotkanego wcześniej Shayne’a, który powiedział, że warto, ponieważ, po środku tej trasy znajduje się urokliwe miejsce z łąką, kozami i ośnieżonymi szczytami dookoła.Oni wjechali kolejką do końca, po czym po środku wysiedli i schodzili w dół. Niestety cena była równa na cały przejazd, nie miało to znaczenia , gdzie się wsiada czy wysiada.Zapytaliśmy się młodej Norweżki, która wynajmowała nam pokój czy nie ma innej drogi samochodem, chociaż do połowy, bo przecież musi istnieć jakaś alternatywna droga.Ona niechętnie powiedziała, że owszem jest droga, ale na początku biegnie ona wzdłuż rzeki, i z tego tytułu jest wciąż zalewana, gdy pada deszcz i wówczas nieprzejezdna. „Jutro ma padać, więc odradzam”, powiedziała. Szczęśliwie tego dnia w domku odbywała się impreza, na która przyjechał tutejszy przewodnik, który powiedział, że można pojechać tą drogą, zatrzymać się w połowie i dalej iść pieszo. Postanowiliśmy, że tak właśnie zrobimy. Pogoda się udała, samochód powoli toczył się po wąskiej górskiej drodze, a dookoła, góry i wodospady, aż dotarliśmy do miejsca, gdzie nie można było już dalej jechać, więc zaczęliśmy iść. Byliśmy bardzo zdeterminowani, by pokazać Ali kozy. Gdy już przestaliśmy wierzyć, że idziemy prawidłowo, oczom ukazała się drewniana furtka, na której było napisane: nie wypuszczać zwierząt, a za nią polana i góry dookoła. Niestety ani śladu kóz, choć ich zapach a i owszem. W końcu z daleka dostrzegliśmy kozy,” pasące się” daleko na wzgórzach.Więc zbliżyliśmy się do stóp jednego ze wzgórz i pokazaliśmy Ali kozy:)A tu nagle całe stado ruszyło na nas.. i trochę wprawiło nas w konsternację, na szczęście kozy przyjaźnie ruszyły w dół za nami. Cieszyliśmy się niezmiernie, że nie pojechaliśmy kolejką mimo, że nie dotarliśmy do końca- do Myrdal. 1 wisienką na torcie w tym dniu okazał się kolejny punkt wycieczki, a zarazem widokowy- Stegastein. Wprost nieziemski widok na Aurlandsfjord i góry. Droga prowadzi od Aurland i ciągnie się około 6 kilometrów w górę. Na samej górze czeka cudowna panorama z wyciągniętej na wysokość 650 metrów drewnianej platformy. Gdy zjeżdżaliśmy, Ala zasnęła, po czym wybraliśmy drogę powrotną. Tu znowu wybór był dwojaki, ale my zdecydowaliśmy się na podróż drogą numer 50, która swoim pięknem zaskoczyła nas samych. I to właśnie była wisienka na torcie numer 2.Droga wzbijała się górę, mijając kolejny punkt widokowy Lavisberget, dotarliśmy prawie do nieba. Mówię tak, bo dookoła były tylko ośnieżone szczyty i praktycznie pusta asfaltowa droga, miało się wrażenie, że jest się na dachu świata, wyszliśmy z samochodu nacieszyć się tym górskim pustkowiem. Następny przystanek na tej drodze dotyczył malowniczego jeziora i stada owiec, które beczały wesoło przy drodze. Niesamowita sprawa. W połowie drogi do Oslo zatrzymaliśmy się na obiad. Często podczas wycieczki czuliśmy się skrępowani naszym dzieckiem, które z kolei bez krępacji przyglądało się jedzącym ludziom, a już zwłaszcza mężczyznom o ciemnej oprawie oczu:) Aż tu nagle przy obiedzie przysiadł się ciemnoskóry , elegancki Pan, a nasze dziecko prawie wypadło z wózka ze zdziwienia. Tak nasz ta sytuacja ubawiła, Pana na szczęście nie uraziła i zachęciła do podejścia i podania Ali rączki. Ileż to ludzi można poznać dzięki małemu dziecku! To samo było przy parze starszych Japończyków, którzy zafascynowani Alą robili jej we dwójkę na przemian zdjęcia. Raz jeden aparacik raz drugi:)Wieczorem zmęczeni i szczęśliwi zasnęliśmy szybko,dziękując za piękną norweską pogodę!:)

czytaj całość Skomentuj
7 nieoczywistych miejsc do zobaczenia w Warszawie 5

1. Czy nocleg w hotelu może stanowić cel sam w sobie? Tak, jeśli hotel, w którym zamierzasz spędzić noc wyróżnia się swoją ofertą spośród innych hoteli. Dla mnie taki właśnie był pobyt w hotelu Intercontinental. My wybraliśmy pokój narożny z przepiękną panoramą miasta z bezpośrednim widokiem na Pałac Kultury. Za równo w dzień jak i po zmroku- wrażenia niezapomniane. Całości ochów i achów dopełnia basen położony na 43 piętrze hotelu co czyni go na tym polu pionierem wśród europejskich hoteli. A gdy przy śniadaniu słyszysz muzykę graną na żywo na harfie, zastanawiasz się czego chcieć więcej?

2. Co mi się bardzo spodobało w Warszawie, a nie zawsze stanowi główny powód przyjazdu do stolicy, to duża ilość terenów zielonych, skwerków, parków, lasów, po których można spacerować i schować się przed upałem, który nas tak sowicie wynagradza tego roku😊Na tegoroczny długi weekend wybrałam się na spacer po Parku Skaryszewskim, w którym nieziemsko pachniało wiosną. Urokliwy park, po którym licznie biegały wiewiórki. Można usiąść i po prostu się zatrzymać. Ciekawym miejscem na jazdę rowerem lub spacer jest również Pole Mokotowskie, choć uważam osobiście, że teren choć ma potencjał, nie jest jeszcze do końca wykorzystany. No i na koniec zupełnie oczywiste miejsce, ale nie mogło go zabraknąć jeśli chodzi o przyjemny relaks- Łazienki. Choć turystów i spacerujących było dużo, to zawsze znajdzie się miejsce w zaciszu, warto o nie powalczyć.

3. Neon Muzeum. Wiadomym jest, że ze względu na tematykę nie ma o co walczyć o względy w rankingu muzeów „mustsee” z np. Muzeum Powstania Warszawskiego czy Muzeum POLIN. Ale wstąpić trzeba choćby z sentymentu czy względów estetycznych. Neony zachwycają i dalej można je często zobaczyć spacerując ulicami Warszawy.

4. Jeśli komuś marzy się solidna porcja wiedzy trzeba odwiedzić Centrum Nauki Kopernik , a wcześniej koniecznie zarezerwować bilety, bo może być różnie. Znajdzie się coś dla małych, dużych i tych jeszcze większych😊 Ja wykupiłam dodatkowo wystawę „Galeria Bzz” dla mojej córki i tam wstąpiliśmy dopiero na koniec, ponieważ zabukowana była konkretna godzina, Oprócz jednej atrakcji, która szczególnie zainteresowała moją latorośl, po całym wcześniejszym zwiedzaniu Centrum galeria ta była niestety lekkim rozczarowaniem. Ale całość jak najbardziej polecam, choć kto wcześniej odwiedził Centrum Nowoczesności w Toruniu może mieć zagwozdkę, który obiekt oferuje więcej, ładniej i ciekawiej😉

5. Manufaktura Czekolady. Pysznie, ciekawie, empirycznie. W cenie oprócz ciekawej prezentacji, informacji o tym jak się robi czekoladę, degustacja ziarna kakaowca, różnych czekolad, gorąca czekolada do wypicia oraz możliwość zrobienia własnej tabliczki czekolady. Jak dla mnie piątka z plusem!

6. Dom Etgara Kereta. Serio? A co w tym ciekawego? A otóż to, że dla izraelskiego pisarza powstał w Warszawie najwęższy dom na świecie według architekta Jakuba Szczęsnego. Koniecznie sprawdźcie ulicę Żelazną 74.

7. Hala Koszyki, nie tyle dla jedzenia, co dla atmosfery i obiektu. Dużo się tam dzieje i warto śledzić ich stronę: https://www.koszyki.com/

8. „Włóczęga” po Saskiej Kępie, bo klimat jest wyjątkowy. Podczas tejże możecie natknąć się na pomnik Agnieszki Osieckiej. Niesamowitym jest, że pomnik „żyje” w gestach mieszkańców, którzy podczas zimnej pogody potrafią przyodziać Panią Agnieszkę w sweter! Nie widziałam, ale zasłyszałam!

9. PGE Narodowy, nie tylko dla fanów piłki nożnej. Sam stadion się broni (niezależnie od dachu😉)Dzieje się tutaj naprawdę sporo, warto na bieżąco sprawdzać wydarzenia. No i obowiązkowo fotka na punkcie widokowym.

10. Kuchnia.. nie, nie polska, bo tego w Warszawie prawie jak na lekarstwo😊Chociaż może nie miałam szczęścia do szukania😊Z początku sama też nastawiona byłam na smaki, których mi w Poznaniu brakuje. Kuchnia Gruzińska, Kuchnia Meksykańska, Tajska czy Chińska. Do Chińskiej nie dotarliśmy niestety, ale z pozostałych mogę z czystym sumieniem zarekomendować: Restaurację Gruzińską RUSIKO (pyszne chaczapuri oraz adżaruli), Restaurację Meksykańską Frida (jestem dużą fanką Fridy Kahlo, dlatego z mojego punktu widzenia- ciekawy wystrój, pyszna Chimichanga z kaszą quiona, i niebanalne i nieczęsto spotykane- menu dla dzieci), Restaurację Tajską Thaisty, (pyszne Pad Thai, minus- okrojony wybór dla dziecka). A jeśli komuś po degustacji tajskich, chińskich, japońskich knajpek (których w stolicy naprawdę zatrzęsienie) zachce się polskiego jedzenia zapraszam do Kury Domowej na Ulicę Zwoleńską 81/3. Daleko, ale smacznie i niedrogo. No i jest pokój zabaw dla dzieci😊

czytaj całość Skomentuj
3 dni w Pradze/ PRAGA, CZECHY 5

Praga jest jedną z najładniejszych i najbardziej charakterystycznych stolic Europy. Stanowi atrakcyjną destynację dla turystów z Polski ze względu na swoje sąsiedzkie położenie, ale także odległość atrakcji względem siebie, dzięki czemu wydaje się być idealnym rozwiązaniem na krótki weekendowy urlop, majówkową przerwę czy święta. Smaczne jedzenie, dobre piwo, świetna atmosfera i spacery klimatycznymi uliczkami dopełniają uroku miasta.

1. Od czego zacząć zwiedzanie Pragi? Podział miasta na 5 dzielnic ułatwia nam znacznie sprawę. Wyróżnia się: Prazsky Hrad I Hradcany, Mala Strana, Josefov, Stare Mesto, Nove Mesto. Wszystko zależy od długości pobytu, ale u mnie sprawdził się następujący podział:

1 dzień ( Nowe Miasto)

2 dzień (Josefov, Stare Miasto)

3 dzień (Prazsky Hrad, Hradcany i Mala Strana)

Wieczorami "włóczęga" po Zizkov- dzielnicy artystycznej, która znajdowała się koło mojego miejsca zamieszkania, która zasiana jest licznymi knajpkami i second-handami.

2. Atrakcje?

Nowe Miasto- Plac Wacława z pomnikiem patrona Czech, Św. Wacława i Muzeum Narodowym, Operą Państwową, a także licznymi restauracjami. Plac Karola- miejsce odpoczynku, na którym znajduje się park, a także słynny budynek Tańczący Dom

Josefov- Stary Żydowski cmentarz Staro-nowa synagoga Kubistyczne domy

Stare Miasto- to prawdziwe serce miasta i najważniejszy cel większości turystów. Jest bardzo tłoczno, ale widoki i atmosfera rekompensują tłok. To tu znajdują się najważniejsze kościoły i pałace, ratusz, teatr, bramy, place, a przede wszystkim urokliwe wąskie uliczki i najpopularniejsza ulica Karlova.

Zamek Praski i Hradczany- aby uniknąć stromych schodów, które prowadzą do zamku najlepiej jest tramwajem 22 wysiąść na przystanku: Prazsky hrad. Oprócz praskiego zamku, który jest bardzo okazały urzeka przepiękna katedra Św. Wita. Warto też zapłacić za zwiedzanie słynnej, wąskiej "Złotej uliczki" z kolorowymi domkami, będącymi niegdyś siedzibami złotników, a także miejscem zamieszkania Franza Kafki.

Mała Strana- koniecznie należy kolejką linową dostać się na Wzgórze Petrin, a następnie na wieżę widokową, z którego rozciąga się piękny widok na miasto i jego najważniejsze atrakcje. W obręb Małej Strany wchodzi również Plac Malostranski oraz słynny Most Karola, który tak naprawdę łączy wszystkie dzielnice i to tutaj można za dnia i wieczorem poczuć prawdziwy klimat miasta. Tej atrakcji nie da się przegapić

3. Komunikacja? W momencie kiedy ja zwiedzałam Pragę metro odpadało, ze względu na prace remontowe. Ale bez problemu przemieszczałam się po Pradze tramwajem. I zdecydowanie polecam. Można zaoszczędzić kupę czasu i pieniędzy na parkingi:)

4. Nocleg? Hotelu, apartamentu polecać nie będę, ponieważ nie mam niestety dobrych doświadczeń;)

5. Restauracje? U Modre Kachnicky „U Modre Kachnicky”,Michalská 16 (Stare Miasto) La Veranda, Elisky Krasnohorske 2/10 (Jeryhov)

Jak widać Praga ma bardzo wiele do zaoferowania, zarówno dla singli, zakochanych par oraz rodzin z dziećmi.Warto się przekonać.

czytaj całość Skomentuj
Douglas Preston i jego "Zaginione miasto Boga Małp" 6

Chciałbym przybliżyć Państwu książkę ponadczasową, traktującą o tym o czym czasem trąbią media, czasem gdzieś przeczytamy, czasem nawet się zastanowimy. Ale to wszystko. Bo czy mamy wpływ na zbliżającą się zagładę świata? Ktoś mógłby rzec, że sam jeden niekoniecznie, ale mi się wydaję, że zmieniać świat można i nawet na własnym podwórku. "Zaginione miasto Boga małp" Douglasa Prestona czyta się jak wciągającą nieprawdziwą historię przygodową, niczym przygody Robinsona. Ale tak naprawdę jest to historia oparta na faktach, opowiedziana przez samego autora, uczestnika ekspedycji wgłąb Hondurasu- do wcześniej nieeksplorowanego regionu Las Mosquita. I choć nie chcę zdradzać tutaj fabuły, bo zwykle wolę przeczytać książkę, a typowe recenzje mnie irytują, to tak naprawdę wyprawa, odkrycia i prawie cała treść odnosi się właśnie do problemu, z którym musi zmierzyć się nasza ludzkość. Co zrobić by zniszczenia były jak najmniejsze? Czy ekspedycja odkryła legendarne miasto Boga Małp? Jakie to miało konsekwencje? Pozostawiam Państwa z lekturą i odpowiedziami (lub "niedopowiedziami")

czytaj całość Skomentuj
Jastrzębia Góra, Pomorskie/ Weekendowy, zimowy pobyt nad morzem. 5

Kto powiedział, że zimą jeździ się tylko w góry? Wbrew tej zasadzie postanowiliśmy wybrać się w miniony weekend nad morze, a konkretnie do Jastrzębiej Góry. Miejsce to, słynie z najbardziej wysuniętego na północ kawałku lądu tzw. Gwiazdy Północy, którego tytuł przypadał niegdyś Przylądkowi Rozewie. Na potwierdzenie faktu, że wiedza zdobyta w szkole, nie zawsze miała swoje odzwierciedlenie w rzeczywistości postanowiliśmy obejrzeć obelisk Gwiazdy Północy z bliska.

W marcu jak w garncu, sprawdziło się w Jastrzębiej Górze, dzięki czemu mogliśmy oglądać zimę nad morzem jakiej dotąd nie doświadczyliśmy. Nie tylko nad morzem, ale w tym roku w ogóle (a mieszkamy szczęśliwie w Wielkopolsce). Okoliczności przyrody: prószący śnieg, piękne lasy, wysokie klify, długie trasy spacerowe po Nadmorskim Parku Krajobrazowym, ciekawe ukształtowanie terenu, pokryta śniegiem i lodem plaża sprawiły, że ta urocza wieś podbiła nasze serca. I dołączyła do miana jednego z najbardziej urokliwych miejsc nad polskim morzem, szczególnie zimą. Zaskoczyły nas również otwarte gdzieniegdzie sklepiki z pamiątkami, restauracje i pełne hotele, co zimą nad morzem jest raczej rzadkością (nie licząc oczywiście kurortu, miasta Kołobrzeg).

Na pewno dużą zasługę w odbiorze Jastrzębiej Góry miał pobyt w przemiłym towarzystwie w hotelu PRIMAVERA. Generalnie nie przepadamy za długimi pobytami w dość drogich (pojęcie względne) hotelach pękających w szwach od turystów. Jednak pomimo faktu, że hotel do najtańszych nie należy trzeba mu oddać, że spełnia większość typowych „zachcianek”, potrzeb dla rodzin z dziećmi, pragnących odrobiny relaksu, spokoju, fajnie spędzonego wspólnie czasu pomimo np. kapryśnej pogody na zewnątrz. Znajdziecie tutaj: spa, baseny , sauny, pokoje zabaw dla dzieci, animacje, opiekę animatorów, przedszkole, kawiarnie, restaurację, night club, a nawet kręgielnię. Jest co robić dzięki czemu wyposażanie pokoju, czy jego ogólny wygląd schodzi na dalszy plan, bo przecież większość czasu spędza się poza nim. Atrakcji zewnętrznych również jest sporo, więc latem pewnie też jest gdzie się udać. Dla tych, którzy tak jak my wolą czasem troszkę zaciszniej, polecamy na krótki/długi weekend. Można naprawdę się wyciszyć i zamiast wszechobecnego, miastowego smogu zażyć porcję świeżego powietrza podczas spacerów nieopodal.

Także gdy zachce się Wam powdychać jodu, zapakujcie plecaki i ruszajcie do Jastrzębiej Góry, warto! My już tęsknimy…

czytaj całość Skomentuj
Tomasz Owsiany "Pod ciemną skórą Filipin". Kawał dobrej lektury! 5

Na początek ujmuje sama okładka. W oczach czai się mądrość, spokój i akceptacja. To portret pani Pan, staruszki z plemienia Aytów, mieszkającej w wiosce Haduan, która czuje, że jej życie na ziemi powoli dobiega końca. To tylko jedna z wielu bohaterek i bohaterów książki Tomasza Owsianego POD CIEMNĄ SKÓRĄ FILIPIN. Książki, która nie tylko ujmuje okładką, ale przede wszystkim treścią. Autor w barwny, błyskotliwy, wyczerpujący, szczery, obiektywny i subiektywny sposób udostępnia nam obraz społeczeństwa, a w tym plemion i ludów na całym obszarze Filipin. Co najciekawsze ,w społeczeństwo wnika całym sobą, mieszkając i pracując na co dzień wraz z bohaterami, którzy dzielą się z nim często niewielkim dobytkiem, jedzeniem, wiedzą i doświadczeniem. Autor nie osądza, ale obserwuje wnikliwie dając się czasem ponieść emocjom, odczuwając po ludzku irytację, złość, zachwyt, wzruszenie czy niedowierzanie. W książce nie brakuje również faktów, ciekawostek przyrodniczych, geograficznych, historycznych oraz fachowego nazewnictwa. Autor nauczył się języka tagalskiego, by łatwiej mu było zrozumieć filipińskie społeczności, choć wielu mieszkańców  języka tagalskiego nie zna, nie używa bądź komunikuje się w języku angielskim uważając, że rozmowa w ojczystym języku to wstyd. Dla nas czytelników ten fakt, czyni historie jeszcze bardziej wiarygodnymi. Poznajemy cioteczkę Wiktorię, ate Marlene, pana Feliza Laxamana Fermina, Ernesta, kapitana Peresa, kaprala Alvareza, doktora Santosa i wielu innych. Jesteśmy w górach, uczestniczymy razem w ceremonii pogrzebowej, łowimy ryby, przyglądamy się biczownikom, walkom kogutów, szukamy skarbów, gotujemy, pracujemy na polu, ale przede wszystkim uczestniczymy w codziennym, zwykłym życiu ludzi mieszkających tak daleko. I choć boli czasem ich niewiedza i ignorancja na temat naszego kraju, my mamy ochotę ich poznać. I mamy taką możliwość. Dzięki Autorowi. Dziękujemy i zachęcamy, by sięgnąć po lekturę!

czytaj całość Skomentuj
O tolerancji i czytaniu ! „Śmiejąc się w drodze do meczetu. Przygody muzułmanki w zachodnim społeczeństwie”, Zarqa Nawaz, Wyd. Kobiece 4

Tak sobie myślę, że nasze polskie społeczeństwo powinno więcej książek czytać. I to nie tylko dlatego, że jakieś statystyki biją na alarm. Chodzi przede wszystkim o to, by wyjść poza strefę komfortu książek fantastycznych, romansów czy kryminałów i zacząć czytać coś zupełnie z nieswojej bajki (a bajki to być mogą!) Książkę „Śmiejąc się w drodze do meczetu. Przygody muzułmanki w zachodnim społeczeństwie: Zarqa Nawaz dostałam pod choinkę i… moje życie nabrało kolorów! Dosłownie i w przenośni, bo książka nie raz wywołała u mnie salwy śmiechu, zostawiając na mojej buzi rumieńce. A zaczęłam o społeczeństwie, bo moi zdaniem przeczytać to powinien każdy z nas, a zwłaszcza ten, którego dalece obchodzi los uchodźców. Pomimo różnic kulturowych, których nie znamy, nie rozumiemy, których się boimy w głębi duszy jesteśmy tacy sami. Dotyczą nas te samy problemy w szkole, tak samo dążymy do akceptacji środowiska, tak samo chcemy być lubiani i ładnie wyglądać, tak samo chcemy zrobić karierę, założyć rodzinę. Staramy się być w kilku miejscach na raz próbując pogodzić życie rodzinne z pracą. Chcemy żyć według określonych norm i zasad, w zgodzie z wyznawaną przez siebie religią. Tak jak Zarqa. Pomimo faktu, że od piątego roku przesiąka zachodnią kulturą i jej spojrzenie może być inne niż części muzułmanów to jednak żywiołowość, ambicja, poczucie humoru i dystans to cechy, które musiała mieć po prostu w sobie. Polecam tę książkę z całego serca😊 Jak i inne podróżnicze, reportaże, bajki, powieści. Otwierajcie się na świat i ludzi, bo naprawdę warto!

Wybrane cytaty:

„Przyglądając się, jak samolot wpada w wieżę, w głowie miałam tylko jedno: <Spraw, żebyśmy to nie byli my!>. Reporter wspomniał o wątku muzułmańskim. Zrobiło mi się trochę słabo, odstawiłam więc na ziemię Zayna, który odpełzł by pobawić się samochodzikami. Musiałam sobie raz po raz przypominać, że nie mam z tym nic wspólnego. Przez cały dzień siedziałam w domu, a poza tym nie umiałam latać samolotem. Jednak wewnątrz czułam kolektywne poczucie winy i strach.(…)”

„Słyszeliście, że katolicy mają bzika na punkcie grzechu? No więc muzułmanie mają bzika na punkcie mycia narządów intymnych. To ociera się wręcz o patologię. Szorujemy nasze fujarki, jajka, bułeczki, jakby były znaczkami na maskach drogich samochodów. To stawia w całkiem nowym świetle :pucowanie klejnotów rodzinnych”

„Śmiejąc się w drodze do meczetu. Przygody muzułmanki w zachodnim społeczeństwie”, Zarqa Nawaz, Wyd. Kobiece

czytaj całość Skomentuj
Podróż do Chin 2

Witam Panstwa, planuje wybrac sie w dwutygodniowa podroz do Chin. Szukam wszelkich informacji, ktore uczynia moja podroz przyjemna, bogata w nowe doswiadczenia, pozwola zobaczyc jak najwiecej w tym czasie. Mile widziane wskazowki odnosnie noclegow i miejsc godnych zobaczenia. Laduje w Pekinie i co dalej? Czekam z niecierpliwoscia na Wasze rady. Mam pewne miejsca ktore chcialabym odwiedzic , natomiast nie chce niczego sugerowac, dlatego pozostaje w 100% otwarta na wasze sugestie. Dzieki, Tami!

czytaj całość Skomentuj
Fenomen Livigno/ Narty i wypoczynek w Livigno 4

Livigno, to miejscowość alpejska na północy Włoch, którą znają chyba wszyscy miłośnicy białego szaleństwa. Pomimo, iż istnieją bardziej atrakcyjne kierunki narciarskie i snowboardowe, a trasy w Livigno skupiają się przy dwóch osobnych stronach zachodniej i wschodniej, między którymi swobodny przejazd na nartach jest niemożliwy (trzeba dojechać skibusem bądź samochodem, aby przeprawić się z Carosello na Mottolino) to spora większość nie wyobraża sobie urlopu w innym miejscu. Na czym polega fenomen Livigno?

Otóż dawniej około 70 lat temu miasto były praktycznie niedostępne dla turystów w sezonie zimowym. Dwie drogi dojazdowe przez przełęcz Forcola di Livigno oraz Passo del Foscagno były zimą praktycznie niemożliwe do przejechania lub całkowicie zamknięte ze względy na panujące warunki atmosferyczne. Dzięki budowie tunelu i udostępnieniu go mieszkańcom i turystom około lat 70 Livigno zaczęło turystycznie nabierać rozpędu. Drugim czynnikiem przyciągającym przyjezdnych, było wprowadzenie w Livigno strefy wolnocłowej. Uprawnienia te miasteczko otrzymało znaczenie wcześniej, niż możliwość budowy tunelu i miały one na celu zachęcić mieszkańców do osiedlenia się tam na stałe. Zatem możliwość dojazdu, powstanie nowoczesnej infrastruktury narciarskiej, turystycznej, sieci sklepów, restauracji, pubów wraz istniejącą strefą wolnocłową spowodowały, że Livigno stało się prawdziwym kurortem.

Takie są fakty, a jakie są moje subiektywne odczucia? Na początku, za pierwszym razem były mieszane. Zachwyt mieszał się z powątpiewaniem, ilość ludzi przytłaczała (zwłaszcza rodaków), odległości zdawały się być całkiem spore, trasy nie aż tak szerokie, klimat alpejskiej miejscowości czasem ginął od nadmiaru spalin, a ilość wypijanego alkoholu przez turystów wraz z widocznym snobizmem budziła ogromną niechęć. W tym roku jednak oddając córkę do szkółki narciarskiej mogłam oddać się w pełni poznaniu miasteczka na nowo. Ze względów zdrowotnych jazda na nartach w tym roku odpadła, jednak to pozwoliło spojrzeć na Livigno bardziej łaskawym okiem, a także z większym zrozumieniem. Okazało się, że miasteczko to doskonale nadaje się do pieszych spacerów, odległość hotelu od miasteczka stanowi zaletę dzięki wręcz bajkowemu krajobrazowi z okna, bliskość basenu AquaGranda umożliwia zabawę i sport w wodzie, a także wizytę w spa (dużym zaskoczeniem była oferta spa, cenami zbliżona do np. poznańskich cen), włoskie jedzenie jest niewątpliwie tym jednym z najlepszych na świecie, a alpejski klimat odczuwalny był zwłaszcza z rana, kiedy większość przebywała na stoku. No i jeszcze coś! Ten włoski luz i temperament. Jest nie do podrobienia!

Dlatego idąc deptakiem w ostatni dzień pobytu myślałam sobie, że nie warto pielęgnować w sobie negatywnego pierwszego odbioru i dawać zawsze miejscom drugą szansę. I choć przez moment poczułam się jak w Międzyzdrojach na plaży słysząc „Ruda tańczy jak szalona” to chwilę później czytałam już książkę jedząc tiramisu i pijąc przepyszną kawę w kafejce z widokiem na góry. Jednak było warto!

Ps. Zapomniałam o rekomendacjach. Oto przez nas sprawdzone i godne polecenia:

- HOTELE:

Ecohotel Chalet des Alpes Livigno (pokochaliśmy za: wystrój, wygodę, smaczne śniadania, widok z balkonu i okna, bliskość basenu, 5 min od przystanku, całkiem konkurencyjne ceny jeśli chodzi o hotele / minusik za suszarnię wyłącznie na buty, w pokoju kaloryfery były zimne)WWW: http://chaletdesalpeslivigno.it

Hotel Capriolo, trafiliśmy tutaj przedłużając pobyt o 2 dni i choć pokój trafił nam się nieciekawy (chyba z powodu kompletu gości), to pobyt zaliczamy do udanych ( pokochaliśmy za: lokalizację, praktycznie przy San Rocco, centrum spa z basenem, sauną, jacuzzi, pokój zabaw dla dzieci, ofertę bufetową-restauracyjną <każdy pokój przy śniadaniu wybiera sobie z dedykowanego menu to co będzie chciał na kolację > bardzo atrakcyjną cenowo/ minusik za pokój na parterze, dość ciemny z widokiem na wejście, mało zaciszny, brak widoku na góry oraz balkonu. WWW: http://www.capriololivigno.com/

- RESTUARACJE:

Bait dal Ghet: niesamowity klimat miejsca, tłoczno, duszno ( zwłaszcza wieczorami), temperamenty właściciel, ale warto przyjść. Kto nie lubi kolejek warto wpaść w okolicach 14:00-15:00. Pyszne carpaccio i pizza. Właściciel częstuje napojami alkoholowymi, co niestety wielu wykorzystuje. Bardzo dobre ceny!

La Pioda: pyszne jedzenie, pięknie podane, trochę droższa opcja, ale warto. Pyszny stek i makaron. Troszkę mało miejsca.

Ristorante Bellavista: smaczne jedzenie, dobra dorada i pizza. Ceny konkurencyjne, miła obsługa, szeroki wybór dań

Birrificio Livigno, jedzenie może nie oszałamiające, ale jako pub z dobrym klimatem zasługuje na uwagę. Córka pokochała za możliwość jedzenia i strzepywania skorupek fistaszków na podłogę😉 Duża oferta browarnicza. 

- SZKOŁA NARCIARSKA:

Snow Riders, polska szkółka, w której pierwsze kroki na nartach stawiała nasza 3,5 letnia córka. Dzięki profesjonalnej, uśmiechniętej, ze wspaniałym podejściem do dzieci instruktorce pokochała narty i z chęcią po zajęciach jeździła dalej. Subiektywnie polecam! WWW: www.snowriders.pl

czytaj całość Skomentuj
Nela Mała Reporterka/ Nela na 3 kontynentach. Podróże w nieznane POLECAM 3

„Nela na 3 kontynentach. Podróże w nieznane” to jedna z pierwszych książek o przygodach podróżniczych Neli, Małej (choć chyba już nie takiej małej) Reporterki. Muszę przyznać, że Nela zabrała moje dzieci w fascynującą podróż po świecie. Obowiązkowo przed spaniem czytamy fragmenty i pytań nie ma końca. Doskonałe źródło wiedzy o świecie: ludziach, zwierzętach, zwyczajach, zjawiskach atmosferycznych i wielu innych. Dzięki Neli moje dzieci zaczęły bardziej rozumieć swoje miejsce na tej planecie, uczą się tolerancji, poszanowania zasad, szacunku do pieniędzy i doceniają to, co mają. A nas, rodziców książeczka uczy jak rozmawiać z dziećmi, inspiruje do szukania odpowiedzi na pytania, których nie znamy i pozwala spędzić więcej czasu razem. Ten konkretny tom jest o tyle ciekawy, że jest różnorodny w tematyce. Nela podróżuje po 3 kontynentach: Afryce, Azji i Ameryce Południowej dzieląc się licznymi zdjęciami, rysunkami, mapami ciekawostkami i informacjami praktycznymi. Ogromnie polecam! Na pewno sprawdzę kolejne części! Danka S.

czytaj całość Skomentuj
Rzuć to i jedź (Magdalena Żelazowska) Idealna książka na wakacje! 4

Tytuł, aż się prosi by "spędzić z nim" wakacje. I choć przysłowie mówi, by nie oceniać książki po okładce, to w tym przypadku można po troszku się nią zasugerować. Inspirujące, różnorodne, motywujące, pokrzepiające historie kobiet, które zostawiły swoje dotychczasowe życie i zdecydowały się układać je na nowo za granicą, na swoich warunkach, podążając za ideałami, marzeniami i głosem serca. Należą się autorce- Magdalenie Żelazowskiej duże brawa za zestawienie ze sobą tak odmiennych historii, charakterów, osobowości, które na swój sposób radzą sobie z emigracją, tęsknotą i chęcią powrotu do kraju. Książka pokazuje, że życie z dala od kraju nie zawsze jest kolorowe jak na Facebooku u znajomych czy w folderach turystycznych, ale stanowi codzienność, którą da się oswoić, zrozumieć, pokochać, ale która równie mocno potrafi zaleźć za skórę. I choć dla niektórych porzucenie dobrej pracy, stabilnych warunków życia to skrajna nieodpowiedzialność, dla innych początek czegoś prawdziwego, w zgodzie ze sobą i naturą- akt odwagi. Oprócz wywiadów z emigrantkami, autorkami blogów i książek znajdziecie tutaj garść praktycznych informacji o ludziach i codziennym życiu w takich miejscach jak: Kolumbia, Malediwy, Egipt, Nepal, Senegal, Toskania, Australia, Gwadelupa, Kanada oraz okolice biegunów. Książka uwalnia od stereotypów, daje siłę, napęd do działania, tytułem idealna na wakacje, treścią bardzo uniwersalna i bliska na co dzień.

czytaj całość Skomentuj
10 rzeczy, które trzeba zrobić w Nowym Jorku (+1) 7

Nie znam osoby, która choć raz będąc w Nowym Jorku nie uznała tego miasta za przynajmniej: a) fascynujące b) magiczne c) niepowtarzalne d) przyciągające e ) nieobojętne. Również ja, pomimo tego, że od wyprawy minęło trochę czasu do teraz pamiętam, kiedy to stojąc w południe na Times Square towarzyszyło mi przyśpieszone bicie serca. Poniżej przedstawiam listę rzeczy, które wpłynęły na mój sposób postrzegania Nowego Jorku, poniekąd mając świadomość, że mit miasta budowany był przez lata przez książki, filmy, gazety czy programy telewizyjne. I dlatego proponuję, by sięgnąć po odpowiednią literaturę na temat Nowego Jorku, nie tyle po przewodnik, co książkę podróżniczą z relacją osoby, która przez dłuższy czas miała okazję obserwować codziennie życie toczące się na ulicach miasta. Jako kwestię do wyboru pozostawiam, czy zrobić to PRZED wyjazdem (dla lubiących być przygotowanym) czy PO wyjeździe (dla tych, którzy lubią zaskakiwać się sami).

1. OBSERWOWANIE ludzi i codziennego życia. Ta zasada sprawdza się w każdym mieście, do którego się podróżuje. Jednak wśród mieszkańców Nowego Jorku panuje olbrzymia różnorodność i rzuca się to w oczy niemal na każdym kroku. I z perspektywy turysty cudownie na to patrzeć. Wyjątkowy jest każdy, sprzedawca na straganie, saksofonista w metrze, biznesmen z aktówką czy artystka na Brodwayu. I choć nierówności są pewnie odczuwalne przez mieszkańców z różnych warstw społecznych spoza Manhattanu to jednak widać w tym wszystkim jakąś całość, jedność, szacunek i współpracę.

2. POBYT na Times Square. Jeżeli chcielibyście poczuć jak świat staje w miejscu pomimo tego, że pędzi jak szalony, to takie właśnie były moje odczucia gdy stałam na środku Times Square w godzinach popołudniowych. Inaczej wieczorem, choć też klimatycznie. I głównie o odczucia ( a nie o „zabytki”) tu chodzi.

3. JAZDA nowojorską taksówką i metrem. Miałam przyjemność podróżować nowojorską taksówką po Newark w New Jersey z groźnie wyglądającym taksówkarzem, który z powodu overbookingu w hotelu zmuszony był mnie zawieźć do innego. Na zewnątrz rzucały się w oczy jego tatuaże na silnych ramionach i brak buta. Z racji koloru skóry w ciemnej taksówce widać było tylko jego białe spojówki . Za to na tylnym siedzeniu walały się różne drobiazgi, w tym but zapewne właściciela. Nie był to z pewnością- artystyczny nieład. Godzina 12 w nocy, na światłach w sąsiednim samochodzie ostra kłótnia i krzyki. Prędkość i moje łagodne prośby o ściągnięcie nogi z gazu-zbywane śmiechem prowadzącego. Dotarłam jednak cała i zdrowa do innego hotelu, a dnia następnego czekał na mnie ten sam taksówkarz, w białej koszuli w pasy, dżinsach i eleganckich butach. Wyjaśnił, że jego nocny image, to tak specjalnie, by wzbudzać strach. Dzięki temu on sam, mniej się boi…

4. PUNKT WIDOKOWY na Top of the Rock w Rockefellerze. Kto jeszcze nie posiadł tej wiedzy, to absolutnie ten punkt, a nie ten w Empire State Building. Z Rockefellera widać zarówno Empire jak i panoramę Central Parku, moim zdaniem cudowną. I choć to typowo turystyczno-przewodnikowa atrakcja- zaliczyć trzeba. Kto nie chce znaleźć się choć na chwilę w chmurach?

5. SPACER ulicami Brooklynu. Warto tutaj na pewne rzeczy spojrzeć z dystansem, choćby na majaczącą po drugiej stronie panoramę Manhattanu. Napis unoszący się przy wjeździe: „Where New York City Begins” mówi wiele o Brooklynie. I z pewnością miłośnicy seriali znajdą tutaj coś dla siebie.

6. SPOJRZENIE na Wall Street. Wielkie gmachy przytłaczają, ale miejsce ma niesamowitą aurę. No i urokliwy kościół Trinity Church wkomponowany w biurowce, znajdujący się nieopodal to uczta dla tych, którzy w nowoczesności szukają odrobiny historii.

7. SPACER PO CENTRAL PARKU. Można przejść alejką Yoko Ono, spojrzeć na dom Johna Lennona, posłuchać jak Pani gra na harfie, stanąć u boku Alicji z Krainy Czarów czy Andersena, poczuć się jak Kevin przed świętami i po prostu być. Miejsce kultowe- zasłużenie.

8. BYĆ WIDZEM spektaklu na Broadwayu, och to moje marzenie choć do tej pory niespełnione. Na Broadwayu udało się podejrzeć jedynie grupę street-dance’owych tancerzy. A magia ulicy dała odczuć, że oferuje o wiele więcej. Czyli trzeba tu wrócić!

9. POBYT w dzielnicy Chelsea, by zobaczyć High Line, a także kto jest fanem serialu na ulicę Bedford, by zobaczyć fasadę tak słynną jak sami ”Przyjaciele” (no może lekka przesada). High Line, czyli rewitalizacja miejsca, w którym przebiegała trasa linii kolejowej, obecnie przekształcona na park, miejsce spotkań, kolejny przykład połączenia historii z nowoczesnością w niewymuszony, klimatyczny sposób.

10. PODRÓŻ na Long Island. Tylko częściowo należąca do Nowego Jorku wyspa, otoczona wodami Oceanu Atlantyckiego to trochę inna bajka. Polecam odpuścić sobie Hamptons i udać się od razu do Montauk. Po nowojorskim oszołomieniu z pewnością potrzebne nam będzie trochę spokoju, który tu powinniśmy odnaleźć.

+STREFA ZERO. Nie jest tajemnicą, że Nowy Jork się zmienił. Od 2001 nic już nie było takie samo. 9/11 Memorial Muzeum. Tu trzeba być, ale zrozumieć się nie da.

czytaj całość Skomentuj
Jon Krakauer, "Missoula..." 4

Książka Jona Krakauera: "Missoula. Gwałty w amerykańskim miasteczku uniwersyteckim" szokuje pod paroma względami. Nie tylko dotyczy traumatycznego przeżycia jakim jest gwałt, ale też obala stereotypy z nim związane i stawia na celowniku działanie Departamentu Sprawiedliwości. I choć opisywane tutaj zjawisko dotyczy amerykańskiej społeczności, możemy śmiało odnieść ją do polskich realiów. Krakauer opisuje kilka przypadków ofiar gwałtów, które zdecydowały się (lub nie) walczyć o swoją godność i zgłosić sprawę odpowiednim władzom. Rażące są przypadki, w których odpowiednie organy bagatelizowały, zniechęcały, potępiały ofiary i stawały po stronie sprawców. Sprawców-którzy w znacznej większości nie były osobami przypadkowymi, a wręcz często były bliskimi ofiar. Kawał wnikliwego studium przypadku. Książka śmiało mogłaby być cytowana w szkołach, podczas lekcji o wychowaniu seksualnym. Bo przecież także o edukację tu chodzi. Polecam do lektury i własnych przemyśleń. Jola

czytaj całość Skomentuj
Polska/ Pomysł na weekend: Uniejów, Osadnik Gajówka 6

Jestem z tych osób, które nie potrafią usiedzieć długo na miejscu. Zwłaszcza w weekendy. Wtedy od rana włącza mi się "szwędacz", który nie milknie dopóty nie siedzę już w aucie gotowa do drogi. Dzięki temu wpadłam na pomysł jednodniowej wycieczki do Uniejowa, bo na dworze gorąco tak, że usiedzieć nie można, a w Uniejowie na termach nas przecież jeszcze nie było:) Ale muszę przyznać, że Uniejów to przy okazji. Głównym celem weekendowego wypadu miała być wizyta nad jeziorem, a w zasadzie nad zbiornikiem Gajówka, na którego zdjęcia natknęłam się przeglądając Instagramowe konta. Kiedy zobaczyłam, że lokalizacja tego cuda jest całkiem niedaleko, w tym samym województwie, a 15 km dalej znajdują się termy i zamek w Uniejowie- decyzja była podjęta. Jadąc od strony Poznania dotarliśmy na miejsce po niecałych 2 godzinach. Korzystając z map Google czy nawigacji nie da się nie trafić, tym bardziej, że na prowizorycznym parkingu stało już trochę chętnych. Krótki spacerek i gotowe. Widok faktycznie nieczęsty i zapierający dech. Woda w jeziorze lazurowa, jedyny minus- nie wolno się w niej kąpać. Wszystko za sprawą węglanu wapnia i mocno zasadowego PH. No ale coś za coś:) Niestety nie dotarliśmy na punkt widokowy, który podobno znajduje się po północnej stronie, ale może jeszcze kiedyś wrócimy? Od jeziorka to już tylko 15 km do Uniejowa. Dlatego też polecamy udać się do zamku na obiadek do restauracji Herbowej, a potem na termy. Mając porównanie z termami poznańskimi, a także tarnowskimi w woj. wielkopolskim muszę przyznać, że w sezonie letnim Uniejów wygrywa. Choć może sam obiekt wymaga lekkiej renowacji, to ilość zewnętrznych atrakcji dla dzieci (0-7 lat zwłaszcza) oraz czystość wody (przy takiej liczbie osób to jest coś) i duży basen solankowo-uzdrowiskowy to duże atuty tego miejsca. Kolejka do miejsca jak wiadomo duża, ale warto wiedzieć, że z boku obiektu znajduje się druga kasa, otwierana przy dużej liczbie odwiedzających. Nam otrzymanie pasków do szatni zajęło jakieś 30 min. Ale w Poznaniu kolejki bywają podobne. Także tak czy siak-polecamy! Relaks się udał. Weekend na piątkę z plusem!

czytaj całość Skomentuj
7 nieoczywistych atrakcji turystycznych w Polsce 2

Polska to piękny kraj i jest to subiektywnie oczywista oczywistość;) Jednak oprócz wizytówek kraju posiadamy również te mniej znane, ale równie urokliwe zakątki, stąd pomysł na stworzenie listy nieoczywistych atrakcji turystycznych w Polsce. A może dodacie coś od siebie? Co Was ostatnio zachwyciło podczas wakacyjnych wędrówek po Polsce? Podzielcie się swoimi perełkami! Poniżej nasza top siódemka:

1. Zalipie, Małopolska (O Zalipiu zrobiło się głośno, gdy dwa lata temu zostało nominowane do plebiscytu "7 nowych cudów Polski" National Geographic. Wszystko to za sprawą kolorowych domków I Felicji Curyłowej, więcej o Zalipiu: http://triptelnik.pl/pl/n/148)

2. Osadnik Gajówka, Wielkopolska (Nie mieliśmy pojęcia, że w naszym województwie znajduje się lazurowe jezioro! Pomimo faktu, że nie można się tu kąpać- obecność warta zachodu http://triptelnik.pl/pl/n/163)

3. Pustynia Błędowska (Byliśmy na naszej polskiej pustyni rok temu i zrobiła na nas duże wrażenie. Przez rok dzięki funduszom europejskim powstał kompleks ścieżek spacerowych, wiat i altan. Efekty najlepiej zobaczyć na własne oczy. Mała próbka: https://gazetakrakowska.pl/klucze-pustynia-bledowska-bedzie-turystycznym-hitem-zobacz-jakie-nowe-atrakcje-tam-czekaja-zdjecia/ar/13220423)

4. Ruchome wydmy, Łeba (Przy okazji pobytu nad morzem, w Słowińskim Parku Narodowym koniecznie trzeba wybrać się na Łącką Górę i podziwiać z góry największy w Europie pas ruchomych wydm. Piękno w czystej postaci)

5. Tatarska wioska, Kruszyniany, Podlasie (Do zobaczenia na ten moment: meczet, kościółek i cmentarz. W maju tego roku spłonęła jedna z największych atrakcji Kruszynian- Tatarska Jurta prowadzona przez państwo Bogdanowiczów. Piękne gospodarstwo z cennymi tatarskimi pamiątkami i pysznym jedzeniem. Dzięki ogromnej woli wielu ludzi udało się Jurtę odbudować na nowo. Musicie koniecznie tam pojechać i spróbować pierekaczewnika, tradycyjną potrawę Tatarów. Smakołyków tatarskich próbował sam książę Karol podczas pobytu w Polsce w 2010 roku. Więcej: http://www.kruszyniany.pl/, https://www.youtube.com/watch?v=q-P9assh8NU)

6. Krzywy Las, niedaleko Gryfina (Osobliwy pomnik przyrody w województwie Zachodniopomorskim. Sosnowe drzewa są wygięte w kształcie litery C. Kształt lasu spowodowany przez działanie człowieka i daje nam nierzeczywiste, magiczne wrażenia, https://www.youtube.com/watch?v=wmTWosqCo7s)

7. Geo Park Łuk Mużakowa, Łęknica (Kolorowe jeziorka, punkt widokowy, lasy dookoła, doskonałe miejsce na odpoczynek i relaks w niecodziennej scenerii, http://luk.muzakowski.pl/)

No i co? Macie ochotę na więcej?

czytaj całość Skomentuj
Dawno temu w Ameryce. Odpoczynek w White Mountains (Góry Białe, USA) 5

W podróżach najbardziej lubię beztroskę, poczucie wolności, poznawanie nowych miejsc i ludzi. Ale lubię też to, że gdy wracam do codzienności, do Polski, do rutynowych zajęć mam co wspominać. Tak jest i teraz w zimowe i ciemne popołudnia. Wczoraj np. mówię do męża: „Pamiętasz jak jechaliśmy z Montrealu do Nowego Jorku i zrobiliśmy dwudniowy przystanek w White Mountains? Ale tam było spokojnie i sielankowo…”I tu następuje odgrzewanie wspomnień i oglądanie zdjęć. A mi przyszło do głowy, że rzadko kiedy natykam się na informacje o Górach Białych w kontekście roadtripu po USA. A warto choćby ze względu na piękne widoki, małą liczbę turystów, wyjątkowy klimat, a także liczne występowanie łosi na terenie Parku Narodowego. Skąd wzięła się nazwa Gór Białych? Teorii jest podobno kilka. Jedna sięga czasów kolonialnych kiedy to ludzie będący na wybrzeżu na pokładach statku widzieli pokryte śniegiem górskie szczyty. Bardziej naukowe wyjaśnienie dotyczy występowaniu na szczytach granitowych miki- grupy minerałów, które sprawiają, iż szczyty widziane z odległości wydają się być białe.

Najłatwiej w Białe Góry dostać się z Portland, Bostonu lub kto przebywa w Kanadzie i ma wizę- z Montrealu. My z Montrealu przemknęliśmy samochodem przez zielony stan Vermont Do New Hampshire, gdzie leżą Góry Białe. Cała trasa zajęła nam około 3 h. Na miejscu zameldowaliśmy się w oldskulowym, ale bardzo klimatycznym resorcie Woodwards w miasteczku Lincoln w hrabstwie Grafton. Część hotelowych udogodnień (restauracja, basen) była nieczynna (byliśmy w czerwcu), ale to nam nie przeszkadzało. Las i piękne otoczenie rekompensowało widoki. Zapytaliśmy miejscowych, czy łatwo spotkać jest łosie, o których występowaniu tak dużo słyszeliśmy. Otóż okazało się, że organizowane są specjalne wycieczki późnym wieczorem w poszukiwaniu tych pięknych zwierząt, ale stwierdziliśmy, że to lekka przesada i zdaliśmy się w tej sprawie na farta😊 Następne godziny spędzaliśmy na odpoczywaniu, cieszeniu się naturą.

Poniżej lista miejsc do zobaczenia:

1. Wodospad Franconia (Franconia Falls)

2. Wodospad Georgiana (Georgiana Falls)

3. Wodospad Sabbaday (Sabbaday Falls)

4. Punkt widokowy Sugar Hill

5. Jeziorko Willey (Willey Pond)

6. Jezioro Franconia (Franconia Lake)

7. Jezioro Echo (Echo Lake)

8. Wspinaczka na Górę Pemigewasset

9. Wjazd samochodem (lub wspinaczka) na górę Waszyngtona, najwyższy szczyt Gór Białych (1917 m n.p.m.)

10. Podróż pociągiem Conway Scenic Railroad

No i na koniec odpowiedź na pytanie zasadnicze: czy udało nam się zobaczyć łosia w White Mountains? Jak widać po zdjęciu- tak udało, jak już wyjeżdżaliśmy w dalszą drogę zapominając prawie o łosiach😊;)

czytaj całość Skomentuj
Najlepsze potrawy na swiecie/ ranking 11

Dużo podróżuję i jednym z moich ulubionych elementów podróżowania jest…degustacja dań, napojów, przypraw, owoców, warzyw z danego kraju. Znacie to? Tak sobie szperałam w Triptelniku i okazało się, że księgarnia ma w swojej ofercie literaturę kulinarną i pomyślałam, że napiszę tego kulinarnego posta :D Poniżej chciałam zaprezentować listę dań i związanymi z nimi krajów, które szczególnie przypadły mi do gustu. Część z nich robiłam i udało mi się w 95% podrobić smak, który pamiętałam. 5% to oczywiście składniki, jakże odmienne od stosowanych za granicą. Jeśli ktokolwiek chciałby podzielić się przepisem na jedną z potraw lub dodać swoje to zapraszam!

1. Portugalia, Bacalhau a Bras 2. Portugalia, Camarões grelhados 3. Chiny, Won Ton 4. Japonia, Ramen 5. Japonia, Miso 6. Japonia, Wakame 7. Japonia, Sushi 8. Meksyk, Chimichanga 9. Meksyk, Tortilla 10. Meksyk, Nachos 11. Rumunia, Salata de vinete 12. Rumunia, Sarmale 13. Ameryka, Niemcy, Pot pie 14. Włochy, Carpaccio wołowe 15. Czechy, Bramborový knedlík 16. Hiszpania, Gazpacho 17. Hiszpania, Sangria 18. Hiszpania, Adobar 19. Indie, Samosas 20. Indie, Tandoori 21. Grecja, Musaka 22. Egipt, Falafel 23. Szwecja, Köttbullar 24. Turcja, Baklava 25. Francja, Bouillabaisse 26. Gruzja, Kchachapuri 27. Polska, Żurek 28. Liban, Kibbeh 29. Peru, Ceviche 30. Tajlandia, Tom Yum 31. Kanada, Butter Tarts

czytaj całość Skomentuj
Historia Wandy Rutkiewicz, subiektywna opinia o książce Anny Kamińskiej 8

Śmiem twierdzić, że biografia Wandy popełniona przez Annę Kamińską przy współpracy z rodziną, przyjaciółmi, alpinistami oraz ludźmi przewijającymi się przez życie himalaistki jest jedną z najlepszych jakie ostatnio czytałam. Bardzo trudno obiektywnie i rzetelnie przedstawić postać, która a) nie może się już bronić b) jest legendą c) miała tak dwoistą naturę, że jedni ją kochali inni nienawidzili, ale nikt nie przechodził wobec niej obojętnie. Lektura książki mnie wciągnęła do granic możliwości i dostarczyła wielu emocji. Na przemian rozumiałam Wandę, potem znowu jej zachowanie budziło we mnie odrazę, podziw, a nawet współczucie. Dzięki książce zrozumiałam po raz kolejny oczywistą oczywistość, że nic nie jest czarne i białe, a my nie mamy prawa oceniać innych poprzez pryzmat swojego życia i swoich doświadczeń. Postać Wandy pozostanie mi bliska na długo i jak powinien każdy z nas- będę próbować wspinać się na swoje Everesty, ale nie za wszelką cenę. Absolutnie rewelacyjna książka- polecam. Znajdziecie tu: dreszczyk emocji, tajemnicę, odrobinkę historii, cudowny życiorys, wspomnienia, fotografie, a wszystko to w znakomitym literackim stylu.

czytaj całość Skomentuj
img
Wyrażam zgodę na otrzymywanie wiadomości zawierających informacje handlowe o wyprzedażach, promocjach oraz innych akcjach specjalnych serwisu TRIPTELNIK.PL na podany przeze mnie adres e-mail.
Zapisz się do newslettera, a otrzymasz rabat na zakupy, oraz informacje o nowościach i promocjach
Wszystkie prawa zastrzeżone dla Triptelnik.pl Projekt i realizacja: Maxsote.pl 2015
do góry
Pokaż pełną wersję strony
Sklep internetowy Shoper.pl